Plastikowe Celebrities - V1, część 2
This post is not translated into Polish yet, sorry.
- Czy zdarzyło Ci się porzucić jakiś projekt ponieważ dotarłeś do granicy technicznej, której nie potrafiłeś przekroczyć?
Czy tutaj takie granice w ogóle istnieją? W każdym razie nie zaczynam składać czegoś, jeżeli mam poważne wątpliwości co do pewnych rozwiązań. Szkoda czasu. Lepiej wcześniej znaleźć rozwiązania wszystkich problemów w głowie, na kartce, czy na przykładowej testowej konstrukcji, niż zaczynać coś, co nigdy nie zostanie ukończone.
Zaś jeżeli chodzi o życie, mam dokładnie odwrotnie. Zaczynam różne rzeczy, nie mając pojęcia jak się sprawy potoczą, ani też jakie trudności mogą się pojawić. Nałogowo improwizuję, bywa, że na pewien czas wszystko staje w miejscu, bo szukam sposobu jak przekroczyć właśnie jakąś ‘granicę techniczną’. Lecz dzięki finezyjnej zasadzie ‘Co? Ja nie dam rady???’ lub pomocy przyjaciół rozwiązanie zawsze się znajduje.
- Gdybyś mógł zaprojektować dowolny zestaw czy linię LEGO to co by to było
Nie zaskoczę Cię, jeśli powiem, że coś związanego z motocyklami? Mam nadzieję że moja monotematyczność nie jest szczególnie bolesna.
Pierwsze co mi przychodzi do głowy to warsztat. Zestaw nie byłby duży, ale starałbym się go zrobić tak, aby zachwycić dorosłych świrów na punkcie Lego. W Gwiezdnych Wojnach to się chyba nazywa ‘Ultimate Collector Series’?
Jeżeli seria, to kilka-kilkanaście maleńkich modeli motorków. Maszyny różnego przeznaczenia, najpopularniejsze, i historycznie lub technicznie przełomowe. W każdym zestawie motorek składający się z 20-50 elementów, ludzik w odpowiednim stroju, i malutka podstawka adekwatna do modelu, czyli fragment autostrady ze znakiem ograniczenia prędkości dla maszyny sportowej, błotniste bezdroża dla enduro, podłoga warsztatu z porozrzucanymi narzędziami dla Harleya.
- Rozumiem ze jesteś pasjonatem motorow. Powiedz moze coś o tym hobby.
Tak, kocham motocykle i prawie wszystko, co się z nimi wiąże. Prawie, bo np. zlotów mam już szczerze powyżej uszu. Wiatr we włosach też jest nieco przereklamowany.
Nie sposób nie kochać samotnej jazdy długą, krętą drogą, w stronę horyzontu, słońca, i z powrotem.

Pęd powietrza zmywa z człowieka wszelkie problemy. Jest tylko droga, asfalt uciekający tuż pod nogami. Jedziesz i śmiejesz się w głos, śpiewasz, na zakrętach zdzierasz kanty podeszw o drogę i tulisz się do zbiornika. Co jakiś czas podjeżdżasz na stację, ocierasz szybę kasku i reflektor z owadów, chwilę wpatrujesz się w pył z drogi, który osiadł na butach… Lejesz do pełna i wsiadasz znowu. Że dzień się kończy, dostrzegasz dopiero, kiedy musisz włączyć długie. Wtedy szukasz pola namiotowego, ewentualnie zjeżdżasz na kawałek pola, i przy latarce rozstawiasz namiot. Następnego dnia pytasz kogoś, gdzie jesteś (im mniej rozumiesz jego język, tym szczęśliwszy powinieneś się czuć), i jedziesz dalej.
Byłoby obłudą twierdzić, że wymiar duchowy może istnieć niezależnie od sprzętowego.
Szczęśliwie mogę powiedzieć, że nie mam w tym względzie powodów do narzekań, ale mam też wymarzone trzy maszyny, które chciałbym pewnego dnia wprowadzić do garażu. Pierwszy to powojenna wersja Indiana Chiefa - aby sycić oczy pięknem tej dziedziny sztuki. Boss Hoss’a - jako okresowy doping dla ego, gigantomanii i remedium na wszelkie frustracje (są dwie wersje silnikowe - Chevrolet V8 Small Block i Big Block. ‘Small’ ma ponad 4 litry, Big Block - 5.7 litra).

Trzeci to niestety już nie produkowany BMW R1150GS Adventure - doskonały i wygodny zarówno do codziennej jazdy miejskiej, na leśne ścieżki, jak i długie wakacje tysiące kilometrów od domu.
Każdy pojazd wymaga opieki. Jednoślad wymaga, aby była ona szczególnie troskliwa, jako pojazd, w którym praktycznie każda awaria stanowi potencjalne zagrożenie dla zdrowia lub życia. Nawet przypadkowe zatrzymanie silnika w złożeniu na zakręcie w wielu przypadkach kończy się przeszlifowanym bokiem i nowymi dziurami w skórze. Nie mówiąc już o bliskich spotkaniach z innymi pojazdami, których kierowcy często zdają się ledwo dostrzegać jednoślady. I tak czasem nadchodzą chwile, kiedy najwyraźniej można zdiagnozować w ludziach szaloną pasję - facet leży na asfalcie, patrzy w niebo i pyta klękających przy nim przechodniów, co z jego motocyklem. A pierwsze co robi po wyjściu ze szpitala, to ćwiczy prawy nadgarstek, żeby jak najszybciej móc znowu kręcić manetką.
To szaleństwo, raz zasmakowane, nie wypuści cię ze swych czułych objęć już nigdy. Czasem wyciąga drapieżną rękę po ofiarę, ale w zamian jest w stanie zaoferować nieprzebrane bogactwo najbardziej ekscytujących wrażeń.
- Czym zajmujesz sie na codzień?
Na codzień siedzę przy komputerach, głównie przy mainframe’ach - banki, ubezpieczalnie, i inne duże złodziejskie przedsiębiorstwa. Ma to dobre strony, bywa ciekawe i często potrafi mnie wciągnąć, ale to nie jest to, co bym chciał robić. W komputery wszedłem niejako przypadkiem. Żeby nie iść do wojska, zapisałem się do pierwszej lepszej budy, akurat było to studium informatyczne. Miało być tylko na rok. Ale już tak zostało.
Mam nadzieję kiedyś otworzyć warsztat motocyklowy. Będę w nim restaurował weterany i budował customy.
- Dziękujemy za wywiad!















































